Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach programu własnego Centrum Rozwoju Przemysłów Kreatywnych: Rozwój Sektorów Kreatywnych.
Ta trasa nie była tylko promocją katalogu wydawnictwa L.A.S. Listening and Sounding. Była sprawdzeniem idei: czy niezależna, kuratorska platforma może funkcjonować w międzynarodowym obiegu bez utraty tożsamości. Odpowiedź przyszła nie w formie deklaracji, lecz doświadczeń.
Rezydencje, sesje nagraniowe, improwizowane koncerty pokazały, że kluczową wartością L.A.S. pozostaje proces – współobecność, uważność, gotowość na ryzyko. Z tej podróży przywieziono nie tylko kontakty i nagrania, ale też przekonanie, że wydawnictwo może być węzłem relacji, a nie tylko nośnikiem dźwięku.
Nowe płyty, które pojawią się w kolejnych miesiącach, będą w dużej mierze echem tej drogi.
Francuski epizod w La Malterie w Lille – wspólne granie z Peterem Orinsem i muzykami kolektywu Muzzix – miał charakter wymiany doświadczeń między scenami. Bez hierarchii, bez reprezentowania „marek”.
W Miradorze w Luksemburgu po raz pierwszy zaprezentowało się trio Damasiewicz / Kasprzyk / Lesiak – surowe, świeże, jeszcze w fazie formowania.
Finał w Polsce, podczas Bielskiej Zadymki Jazzowej, miał już inny wymiar: stoisko promocyjne, rozmowy z dziennikarzami, odsłuch nowej płyty. Po tygodniach drogi – moment zatrzymania i spojrzenia wstecz.
Po berlińskim zagęszczeniu przyszła chwila oddechu w Neerharen, u malarki Anity Damas. Cisza, rozmowy, reset. Z tej prywatnej przestrzeni droga prowadziła do Brukseli – koncert w Grand Hospice z pianistką Barbarą Drazkov miał w sobie coś z nocnego rytuału: miękkie światło, skupiona publiczność, dźwięki, które nie potrzebują wyjaśnień.
Dzięki Sebastianowi Strycharskiemu muzycy trafili także do PickArt, gdzie skład poszerzył się o kontrabasistę Mattię Massoliniego. Inna energia, inny puls – ale ten sam język improwizacji.
W Rotterdamie, w Koffie en Ambacht, koncert odbył się niemal na ulicy. Z argentyńskim perkusistą Marcos Baggianim muzyka znów wyszła do ludzi – przypadkowych przechodniów, stałych bywalców, tych, którzy przyszli po kawę, a zostali na dźwięk.
W Devon, w Ashburton Arts Centre, koncert z Barbarą Drazkov miał charakter niemal teatralny – wyważony, uważny, osadzony w lokalnym kontekście.
Londyn przyniósł intensywną rezydencję na Theatreship – pływającej przestrzeni artystycznej. Tu improwizacja spotkała się z Kubą Cywińskim, Ayo Salawu i Adrianem Northoverem. Ważnym punktem była także wizyta w Cafe OTO – nie tylko koncert z Clevelandem Watkisem, ale też spotkania, rozmowy, planowanie. W tym mieście networking nie jest dodatkiem – jest częścią procesu twórczego.
Spotkanie z Kevinem Le Grandem (BBC, Jazzwise) i przygotowanie materiału do wydania w 2025 roku zamknęły ten etap w sposób bardzo konkretny.
Dzień później muzyka przeniosła się do atelier Emilia Gordoy – meksykańskiego wibrafonisty i perkusisty. Przestrzeń Luftmensch Kollektiv stała się miejscem prezentacji trzech zupełnie różnych projektów, które łączyło jedno: skupienie na procesie.
Ambientowy duet Piotr Damasiewicz / Kuba Wójcik rezonował z estetyką płyt Diavolezza i Krew – dźwięki zawieszone, kruche, bardziej słuchane niż grane. Hangar Music (Damasiewicz / Gordoa) wniósł melodyjność i subtelną strukturę. Z kolei nowo powołany kwartet (Kasprzyk, Lesiak, Gordoa, Borges) pokazał, jak szybko potrafią krystalizować się nowe języki, gdy spotykają się właściwi ludzie.
To był dzień bez presji koncertowej – bardziej sesja poszukiwawcza niż występ.
W greckiej restauracji Terzo Mondo, która od lat pełni rolę klubu muzycznego, improwizacja spotkała się z codziennością. Koncert z australijskim perkusistą Samuelem Hallem miał charakter promocyjny, ale bez marketingowej maniery – raczej jak przypomnienie, że Power of the Horns to projekt żyjący w wielu krajach.
Wieczorem w PAS Berlin przyszła lekcja niemieckiej organizacji improwizacji: jasno określone składy, lista muzyków, zero przypadkowości. Paradoksalnie – im więcej struktury, tym więcej swobody. To doświadczenie zostało w głowie na długo.
Dwudniowa rezydencja w Sugar Candy Mountain – miejscu łączącym galerię, klub, kino i studio – była jednym z najgęstszych punktów trasy. Różne konfiguracje personalne, długie sesje, nagrania, które nie powstają „pod płytę”, ale z potrzeby chwili. Materiał, który – jak zapowiadają muzycy – jeszcze wróci w przyszłych wydawnictwach L.A.S.
W XII-wiecznej kaplicy, dzięki inicjatywie Wielanda Möllera, zarejestrowano muzykę, która korzystała z naturalnej akustyki miejsca. Tego samego dnia – kameralny set w pracowni Ganesza Anandana, konstruktora instrumentów. Improwizacja wśród narzędzi i prototypów zawsze brzmi inaczej: bardziej uważnie, jakby dźwięk musiał się tu tłumaczyć z samego siebie.
Finał berlińskiej rezydencji: Into the Roots z gościnnym udziałem Ignaza Schicka. Domknięcie pewnego kręgu – nie w sensie repertuarowym, lecz relacyjnym.
Berlińska rezydencja (27 maja – 5 czerwca) była naturalnym punktem startu. Miasto, które od lat funkcjonuje jako jeden z najważniejszych węzłów europejskiej sceny improwizowanej, przyjęło ekipę L.A.S. bez zbędnego ceremoniału – za to z intensywnością, która szybko ustawiła tempo całej trasy.
Dzięki gościnności kontrabasisty Ranjita Prasada i Kamili Marcinkowskiej-Prasad, codzienność tej rezydencji miała charakter pracy u podstaw: rozmowy, próby, wspólne gotowanie, długie wieczory z instrumentami. Berlin nie zaczyna się tu od sceny – zaczyna się od kuchennego stołu.
Pierwszy koncert odbył się w Kühlspot Social Club, miejscu-instytucji, gdzie muzyka improwizowana wciąż ma charakter wspólnotowy. Wschodni Berlin, surowa przestrzeń, ludzie, którzy przyszli nie „na wydarzenie”, lecz na spotkanie.
Na scenie: Antti Virtaranta, Wieland Möller i muzycy związani z L.A.S. – improwizacja, która szybko przerodziła się w rozmowę. Tego wieczoru ważniejsze od samych dźwięków okazały się kontakty: spotkanie z pianistką Rieko Okuda, rozmowy z lokalnymi promotorami, energia, która zostaje długo po wybrzmieniu ostatniego tonu. Duża w tym zasługa Isabeli Espichicoque Anders i Ignaza Schicka, którzy – jak często w Berlinie – byli jednocześnie gospodarzami, kuratorami i aktywnymi uczestnikami sceny.
Niektóre trasy koncertowe przypominają serię punktów na mapie: daty, kluby, setlisty, szybkie powroty. Inne są raczej procesem – powolnym przemieszczaniem się idei, ludzi i dźwięków. Europejska wyprawa L.A.S. Listening and Sounding w 2024 roku należała zdecydowanie do tej drugiej kategorii.
Przez kilka tygodni trzyosobowy zespół fundacji przemieszczał się między miastami, scenami i prywatnymi przestrzeniami twórczymi, promując katalog wydawnictwa, ale jednocześnie testując jego sens i potencjał w realnym, międzynarodowym obiegu. Dzięki wsparciu Centrum Rozwoju Przemysłów Kreatywnych (program Rozwój Sektorów Kreatywnych) ta podróż mogła się wydarzyć – jako coś więcej niż objazd promocyjny. Raczej jako artystyczna wyprawa badawcza po Europie improwizowanej.
Berlin, Bruksela, Rotterdam, Londyn, Devon, Luksemburg – każde z tych miejsc miało własny rytm, własne napięcia i własny sposób słuchania. A L.A.S. – zamiast narzucać narrację – uważnie się w te rytmy wsłuchiwało.